Publikować…?

Często wraca do mnie temat udostępniania swoich produktów artystycznych szerokiej publiczności. Specjalnie zastosowałem tu wyraz „produktów”, gdyż słowo „dzieł” można odebrać jako przejaw megalomanii. Napisałem kiedyś sześć książek. Podjąłem próbę pozyskania wydawcy. Skończyło się na górnolotnej propozycji tzw. selfpublishingu, czyli takiego, że ja wykładam kasę na wydruk, a potem już tylko wielka niewiadoma. Bardzo często książki kończą swój byt gdzieś w zawilgoconym magazynie. Ktoś kiedyś powiedział,. że w Polsce jest więcej piszących niż czytających. Pewnie jest to przesada, ale faktem jest, że liczba wydawanych książek jest niewyobrażalna i rośnie z roku na rok. To dobry i zły znak. Dobry, bo świadczy o tym, że są kupujący, a co za tym idzie – czytający. Zły, bo spotykamy potem w supermarketach wielkie kosze z setkami wrzuconych książek po 5 złotych każda… Koszty druku są coraz wyższe, a przy małych nakładach inwestycja traci ekonomiczny sens. Połowę z wydanych przeze mnie książek sam przygotowałem do druku w Adobe InDesigne. Najbardziej jestem dumny ze swojej edytorskiej pracy w przypadku Fotowyprawy pachnącej lawendą, zawierającej bardzo dużo rysunków i fotografii. Oczywiście przed wydaniem książki należy ją przepuścić przez walec korekcyjno redakcyjny, co również generuje dodatkowe koszty. Własna pozycja literacka ma bardzo ważną cechę: jest dziełem skończonym. Moja praca od napisania pierwszego zdania, po przygotowanie materiału do druku zostaje zmaterializowana. Niesamowitą radością jest odebranie paczek od kuriera, zawierających książki, w których każdy wyraz, każde zdanie, każdy akapit, każdy rozdział napisany jest przeze mnie. Dotknięcie takiej świeżutkiej pozycji jest prawie ekstatyczne.

Poniżej galeria okładek książek mojego autorstwa.

Podobnie jest z muzykami, którzy urodzili się z darem tworzenia, grania i śpiewania. Takich artystów jest chyba jeszcze więcej. Jeśli chodzi o fotografów, to sprawa wygląda jeszcze inaczej. Teraz fotografem jest każdy, kto dzierży w dłoni smartfon. Na dziwaków z wielkim korpusem lustrzanki i długim obiektywem pokolenie „Z” patrzy z politowaniem. A w sieci jest coraz więcej zdjęć, robionych przez naszego największego przeciwnika – AI.

Co sprawia, że chce mi się jeszcze pisać, fotografować, nagrywać podcasty? Chyba tylko wrodzona potrzeba tworzenia i coś, co jest dla mnie coraz bardziej ważne: chwile twórczej aktywności są jak medytacja, jak oczyszczanie umysłu, są ćwiczeniem uważności, cierpliwości, wrażliwości. Praca twórcza nie może się odbywać w chaosie, roztargnieniu, w nieprzyjaznym otoczeniu. Potem przychodzi w samotności i ciszy czas wypełnienia projektu twórczego. Powstaje książka, fotografia, rzeźba. I co dalej? Nie każdy twórca jest gotowy pokazać światu swoje dzieło, a i tak podskórnie pragnie akceptacji dla swojej twórczości. Bardzo często wielkie dzieła pozostają w głębokich szufladach tych realnych i informatycznych.

Teraz skupię się na fotografii. Staram się co jakiś czas wstawiać swoje zdjęcia na 500px. Odbiór jest prawie natychmiastowy, spada grad polubień i potem zapada cisza… do kolejnego razu. Z Facebooka już nie korzystam, stał się dla mnie toksyczny. Instagram mnie zawsze odpychał. Mam swój profil na Adobe Behance i oczywiście ten blog. Zdarzyły mi się dwie wystawy i chyba trzy spotkania autorskie w moim rodzinnym mieście. Mam też swoje zdjęcia na Adobe Stock, niewiele, coś koło setki. W ciągu kilku lat zarobiłem prawie… sześć dolarów. Oczywiście banki zdjęć są ok. Pobranie zdjęcia przez nieznanego klienta jest super, tym bardziej, że wiąże się z jakimiś pieniążkami. I pozostaje temat drukowania zdjęć. I jest on dla mnie najtrudniejszy. Mam jakąś pospolitą drukarkę do zdjęć, ale co z tego, kiedy nie mogę spowodować, aby komputer i drukarka dogadywały się w sprawie kolorów. Kolory to przecież cała potężna nauka. Skomplikowane profile, kalibracje ekranów komputera, itd, itp. Lepiej wysłać pliki do fotolabu. Jednak w tym przypadku to duży koszt, a i tak nie ma gwarancji, że kolory zagrają. Następne pytanie: w jakim formacie drukować, na jakim materiale? Gdzie przechowywać? Ile można mieć w domu albumów? I tu dygresja przy okazji: nic tak nie obnaża fotografii jak jego odbitka (wydruk). To co wydaje się piękne na ekranie, często na papierze wygląda na przeciętniaka… Takie doświadczenia nie zachęcają do dalszych prób. Może zatem jakieś podpowiedzi…?

Poniższe zdjęcia wykonałem aparatem GFX100RF

Dodaj komentarz