Leica M11

Dotarłem nareszcie do sedna mojego leicowego pisania. Nie będę ukrywał, że czerwona kropka na korpusie aparatu drażniła moje zmysły od dłuższego czasu. Część mojego ja podpowiadało: „trzeba wykorzystać koniunkturę ekonomiczną i kupić, za parę lat okaże się to może niemożliwe i co wtedy? Będzie ci żal”, druga cześć mojego ja krzyczała: „czy cię pop… taka kasa na zwykły aparacik?” Walka była najpierw wyrównana, ale w końcu… Pod koniec kwietnia 2023 roku kurier dostarczył przesyłkę, w środku której znajdował się karton ze Świętym Graalem. Niebagatelne pieniądze, niebagatelnie niepotrzebny zakup, niebagatelne wyrzuty sumienia, …. niebagatelne podniecenie i niebagatelna radość. W pudełku dumnie spoczywał korpus, będący prawdziwym dziełem sztuki. Trzymając go w rękach miało się poczucie, że należałoby najpierw ubrać białe rękawiczki aby nie skalać tej doskonałości. Leica M11 to idealnie wyważona bryła jednego z legendarnych aparatów, jej masa, chropowatość oklein, jej wspaniale zaprojektowane przyciski, spasowany ekran, wszystko w punkt… Mistrzostwo świata w wycyzelowaniu najdrobniejszych szczegółów. Leica M11 w dłoniach to wspaniałe uczucie. I tu właśnie jest pierwszy dowód na to, dlaczego te aparaty są takie drogie. Jeśli docelowy klient doznaje dizajnerskiej ekstazy, to zapłaci każde pieniądze. Ale, dla właściwej oceny niemieckości tego cacka należy wspomnieć, że w środku znajduje się 60 Mpx matryca, wyprodukowana przez Sony… Kto produkował pozostałe podzespoły aparatu – nie będę wnikał. Jedno jest pewne: wszystkie one znalazły się w tej wspaniałej puszce zamontowane ręcznie przez pracownika z Niemiec, po przykręceniu ostatniej śrubki inny Pan z Niemiec dokonał kontroli jakości i postawił swój własnoręczny podpis, będący gwarantem najwyższej jakości. Któż tego nie lubi? Który klient nie lubi wybitnego szacunku dla jego pieniędzy, dla jego oczekiwań, dla spełnienia w 100% jego marzeń. Aparat Leica M11 to przykład oddania przez producenta produktu z pokłonem i szacunkiem dla nas klientów, to zapewnienie, że jest to prawie idealny produkt, szczycący się przy okazji długą listą wybitnych fotografów, którzy bez aparatu Leica nie wyobrażają sobie wykonywania niezwykłych, wybitnych kadrów. Dobrze… Ale co dalej? I tu pojawia się pułapka. Bo przecież wszyscy ci wspaniali fotografowie mówią, że do takiego cuda można podpiąć tylko obiektywy natywne, które kosztują następne tysiące złotych. I tak zaczyna się spirala naszego finansowego nieszczęścia. Na szczęście na rynku dostępne są obiektywy innych producentów, chociażby Voigtlandery, produkowane przez japońską Cosinę. Wyznawca marki Leica w tym momencie spisuje mnie na straty jako potencjalnego kumpla. Jednak portfel ma swoje dno… Z M11 kurier dostarczył mi Vojtka 35 mm f/1.2 III Nocton. Mogłem zatem zacząć fotografować. I tu pojawiły się schody… Moja osobowość charakteryzuje się m.in. wykonywaniem wszelakich zadań w sposób szybki, zdecydowany i bezkompromisowy. Bogaty w doświadczenie wszechmocnych autofocusów, trybów śledzenia, itp., stanąłem z tą M11 i co dalej? A właśnie! Tu leży tzw. „pies pogrzebany”. Przy tym aparacie, który nie posiada autofocusa, stabilizacji matrycy, wykrywania oka lewego, prawego, psa, konia, samolotu, samochodu… (pełna specyfikacja techniczna M11) wszystko trzeba samemu wyostrzać i to albo na ekranie LCD, albo… w okienku dalmierza. Cała koncepcja szybkiej fotografii legła w gruzach. Efekty mojej pracy były conajmniej niezadowalające. Zadawałem sobie pytanie: co ja kupiłem? I tu nagle pojawia się jakieś udane zdjęcie. Wow, jaka ostrość, jakie kolory, jaka dynamika tonalna. Jak to powtórzyć? I znowu kolejne próby. W końcu znalazłem winnego moich niepowodzeń: to na pewno ten nieszczęsny Vojtek. Wrzuciłem zatem do plecaka garść nieużywanego sprzętu i pojechałem do stolicy, gdzie za kilogramy zamieniłem na natywne 320 gramy Summicrona 35 mm f/2.0. Z nadzieją wróciłem do domu i szybko wyszedłem w plener z zestawem z jednej firmy. I… znowu nic. Znowu pojedyncze fotografie były satysfakcjonujące. I wtedy dotarło do mnie, że mając w ręce aparat Leica M11 nie można pstrykać, trzeba tworzyć fotografie. Niedługo miną trzy lata od kiedy moja M11 jest w mojej stajni, a ja nadal się jej uczę. Doświadczenie manualnego ostrzenia, operowania dalmierzem jest niepowtarzalne, zmusza mnie do uważności, do totalnego skupieniu na kadrowaniu. Jest wyzwalające z pośpiechu, niecierpliwości i powierzchowności. Nawet gdyby moje postępy w nauce, w nabywaniu wprawy i sprawności, były nadal dalekie od satysfakcji, wiem jedno – nigdy się JEJ nie pozbędę!!!

Podsumowując. Aparaty dalmierzowe Leica M są wybitnymi tworami niemieckiej myśli technicznej, która zawsze była znana z precyzji, doskonałości i wielkiego szacunku do użytkownika. Na szczęście Leica kultywuje te tradycje, chociaż czasami daje się ponieść oczekiwaniom nowoczesnych klientów i chociażby jak w 2025 roku, oddaje do użytkowania aparat M wyposażony tylko w elektroniczny wizjer. Może jest to kierunek rozwoju, może dalmierze przechodzą do lamusa, może już nikt nie ma cierpliwości do ręcznego ostrzenia wpatrzony w dwa nachodzące na siebie w okienku obrazki. Ale Leica M z dalmierzem to magia, to nieodłączny towarzysz tych, którzy zrozumieli co to jest uważność, skupienie, wyhamowanie, co jest tu i teraz.

P.S. 1. W mojej krótkiej historii aparatów Leica nie wspomniałem dosłownie nic o tym, co w wybitny sposób wyróżnia tę markę. Mowa oczywiście o obiektywach. Firma znana jest z kultowych konstrukcji, które zostały wyprodukowane kilkadziesiąt lat temu i są użyteczne nawet w dzisiejszych czasach. Optyka jest na najwyższym poziomie, to prawdziwe dzieła sztuki optycznej. Są niewiarygodnie drogie i są niewiarygodnie doskonałe. Na szczęście, jak już wspomniałem, są na rynku zamienniki, które charakteryzują się nie mniejszą jakością techniczną, lecz nie są obarczone marką Leica, przez co są dużo tańsze.

P.S.2. Do marki Leica jeszcze wrócę, ponieważ cztery lata temu również uległem magii czerwonej kropki (ups) i stałem się posiadaczem aparatu kompaktowego z logo Leica. Ale jaki to aparat – napiszę innym razem.

Na końcu tej opowieści dołączam garść moich fotografii wykonanych M11 i Summicronem 35 mm.

Dodaj komentarz