Trochę przemyśleń…

Moje ostatnie rewolucyjne zmiany w życiu zawodowym, które nie były łatwe, wręcz burzliwe, powodują w moim umyśle rozważania nieco głębszej natury. Nabierając dystansu do lutowych stresów zaczynam wiele spraw, mnie i nie tylko mnie dotyczących, widzieć z innej perspektywy. Dziś kilka zdań o bogactwie i jego implikacjach. Bogactwo to stan umysłu. Stwierdzenie to przypisywane jest niejakiemu Robertowi Kiyosakiemu, amerykańskiemu autorowi książek motywacyjnych. Jest coś prawdziwego w tym stwierdzeniu. Znam ludzi o niewielkich zasobach materialnych, będących szczęśliwymi, mogących śmiało powiedzieć, że są bogaci swoją duchowością. Na myśl przychodzą mi w tej chwili mnisi buddyjscy, dla których osiągnięcie Nibbany, jest najwyższym bogactwem. Nie posiadają nic materialnego, za wyjątkiem szaty i kawałka podłogi w klasztorze. Wchodząc na najwyższy poziom uważności pozbywają się nawet własnego „ja”. Podziwiam ludzi decydujących się na taki sposób życia. Z jednej strony to ciąg olbrzymich wyrzeczeń, z drugiej strony bogactwo życia duchowego. Poza klasztorem trwa nieustanna walka o przetrwanie. Zdobywanie pożywienia, zdobywanie miejsca do zamieszkania, pozyskiwanie kredytów, walka o miejsca pracy, dające możliwość przetrwania. Współczesny człowiek znajduje się w permanentnym stanie „walcz albo uciekaj”, czyli w ciągłym stresie. Nie ma wiele czasu na odpowiedź na filozoficzne pytanie: czy jestem bogaty duchowo czy materialnie? Większość i tak odpowiedziałaby: nie. I by wymieniła całe mnóstwo dowodów. Niestety wielu z nas brakuje chwili zadumy, chwili bilansu posiadania i konkluzji: „cieszę się z tego co mam tu i teraz”. Można w pewnym sensie nasz status ocenić w oparciu o Piramidę Maslowa, opisującą ludzkie potrzeby, od podstawowych do najwyższych. Te podstawowe to potrzeby fizjologiczne i potrzeby bezpieczeństwa, a u szczytu tej konstrukcji filozoficznej znajdują się potrzeby wyższe – samorealizacja, która zawiera również spełnianie swoich zachcianek, hobby, zakupy drogich gadżetów typu samochody, luksusowe wille, markowe ubrania, czy właśnie sprzęt do realizacji swojego hobby, takiego jak fotografia. Wrócę do Buddyzmu. Pierwsza Szlachetna Prawda mówi, że istnieje cierpienie, druga, że istnieją przyczyny cierpienia. Jedną z tych przyczyn jest żądza, pragnienie posiadania w ujęciu zarówno materialnym, cielesnym jak i duchowym. Ten proces pożądania jest niemożliwy do zaspokojenia. Nawet pozorne chwilowe poczucie ulgi po spełnieniu żądzy jest ziarnem, z którego kiełkuje następne cierpienie. Powoduje niewłaściwe działania takie jak chciwość, zazdrość, kradzież, przemoc. Walka z pożądaniem jest jednym z najważniejszych zadań każdego Buddysty. I tu można stwierdzić, że mnisi mają łatwiej, oddzieleni murem klasztornym. A co my, zwykli ludzie mamy uczynić? Mnichom pozornie piramida Maslowa kończy się na drugim poziomie (ale czy to na pewno prawda?), cała reszta ludzkości jest zdana na pokuszenia tego Świata. Czyli my, świeccy ludzie, mamy trudniej niż nasi bracia zakonni? Musimy jakoś połączyć swoje obowiązki życia codziennego targani pragnieniami z przestrzeganiem zasad duchowego życia. Można powiedzieć, że naszą powinnością jest zapewnić podstawowy byt sobie i swoim bliskim i jeśli to będzie możliwe – wykorzystać pozostałą część zasobów dla akumulacji z myślą o przyszłości i dla spełnienia swoich zachcianek. Takie są realia i takie jest nasze prawo. O ile nie krzywdzimy kogoś innego, możemy sobie czasami pofolgować.

To teraz trochę o moich własnych doświadczeniach. Z jednej strony wytężona praca, podejmowanie trudnych i ryzykownych decyzji życiowych, zawodowych i trochę szczęścia, spowodowało, że mogłem znaleźć się w gronie tych, którzy mogli sobie „pofolgować”. Zakochałem się w fotografii i chyba jeszcze bardziej w sprzęcie, który z racji trwającej rewolucji technologicznej, rozwijał się w szybki i trudny do ogarnięcia sposób. Przyznaję, wpadłem przez jakiś czas w spiralę zakupową, obezwładniony przez agresywny marketing i przekonujące testy techniczne internetowych influencerów. Apetyt rósł w miarę jedzenia. Aż w końcu przyszła chwila, kiedy poczułem potrzebę włączenia hamulca. Hamulec włączyłem po odwiedzinach pewnego domu, w którym w zasadzie nie bywałem od lat. I tam zauważyłem do czego może doprowadzić nieokiełznane pożądanie materialnych dóbr. Wszędzie walały się nieotwarte pudła nieskonsumowanych sprzętów elektronicznych, regały zapełnione gadżetami raz dotkniętymi i porzuconymi, instrumentami klawiszowymi, gitarami, do tego szuflady pełne telefonów komórkowych, ciśnieniomierzy, pulsometrów itd, itp. Doznałem szokującego olśnienia. To była przełomowa chwila, która w porę sprowadziła mnie na ziemię. Wiele się w mojej głowie wtedy zmieniło. Znalazłem sposób na zhierarchizowanie swoich potrzeb i oczekiwań, zacząłem się kontrolować. Mało tego, zacząłem bardziej doceniać to, co mam i co jest tu i teraz. Ponadto cały czas miałem i mam w tyle głowy mocną prawdę, że cały ten materialny stan posiadania tylko i wyłącznie dzierżawię, że na pewno nie zabiorę ze sobą na tamten Świat. I to mi daje poczucie spokoju, ulgi oraz pozwala na nabranie dystansu do „posiadania”. Daleki jestem od odmawiania sobie spełniania najskrytszych marzeń. Szczerze przyznaję, że nadal oglądam nowinki techniczne, których w dziedzinie fotografii jest obecnie stanowczo mniej. Robię to jednak z umiarem. Dla pewnego kontrastu chcę dodać (a będę się nadal trzymał kategorii „fotografia”), że niektóre aparaty, a szczególnie obiektywy są prawdziwymi dziełami sztuki projektantów, inżynierów, techników, wizjonerów i chociażby dla oddania im należnego szacunku, perełki te powinny znaleźć swoich nabywców…

I na koniec tych filozoficznych wywodów: dobrze jest mieć marzenia, dobrze jest móc widzieć coś, co nie jest w zasięgu naszych możliwości, a może kiedyś będzie… Kontrolowane pożądanie, nie jest przecież niczym złym, nie robi nikomu krzywdy i jest takie ludzkie… Ciekawy jestem opinii Szanownych Odwiedzających mój blog.

2 odpowiedzi na “Trochę przemyśleń…”

  1. Przychodzą mi do głowy słowa piosenki grupy Zakopower: „…pójdę boso, pójdę boso…”

    A jeszcze coś z księgi Koheleta: „wszystko marność, marność nad marnościami”.

    Mądrzy ludzie od wieków pokazują nam, że dobra materialne nie są tak ważne jak nam się wydaje. Ciągle mówią i ciągle nie dociera… Przypadek domu, który opisałeś jest symptomatyczny. Tutaj to nie właściciel posiada rzeczy, ale rzeczy posiadły właściciela. On jest od nich uzależniony i próbuje zapełnić nimi jakąś pustkę. Kupując kolejną rzecz ma nadzieję, że to coś zmieni w jego życiu, choć przecież powinien wiedzieć, że to nie działa, bo już wielokrotnie się o tym przekonał. Tak działają nałogi.

    Fajnie jest mieć rzeczy i cieszyć się nimi. Sam też myślę o nowym aparacie, ale nie liczę na to, że poprawi on znacząco moją fotografię. Będzie mi pewnie wygodniej z wyższym zakresem akceptowalnego ISO i lepszym autofokusem, jednak już wiem, że rewolucji nie będzie i przede wszystkim muszę pracować nad własną wrażliwością i umiejętnością patrzenia.

    Pozdrawiam serdecznie!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Bardzo dziękuję za ten komentarz. Właściwie nic się już dodać nie da. Wracając jeszcze do fotografii. Prawdą jest, że najlepszy aparat jaki mamy to ten, który zabraliśmy ze sobą. Faktem jest też, że to nie aparat robi zdjęcia, tylko fotograf. Najsłabszy fotograf nie zrobi najpiękniejszego zdjęcia najdroższym aparatem, a wspaniały artysta fotograf zrobi takowe nawet, umownie nazywając, zwykłym, najtańszym aparatem. Ale nie ukrywajmy, że aparaty droższe dają nam więcej pożytecznych narzędzi, a obiektywy najjaśniejsze – piękne, wyostrzone kadry. Warto marzyć i marzenia próbować spełniać. Pozdrawiam. JS

      Polubione przez 1 osoba

Dodaj komentarz