Pisałem niedawno o fotografii czarno białej, która coraz częściej zajmuje moją głowę. Tak sobie myślę, czy nie jest ona antidotum na moją pustkę kreacyjną? Wielokrotnie zastanawiałem się nad wypracowaniem własnego stylu. Z jednej strony własny styl to łatwa rozpoznawalność, to takie DNA fotograficzne. Podoba mi się jak ktoś patrzy na obraz, czy fotografię i mówi: „o, to jest dzieło pana…” Trzymanie się kurczowo jednego stylu to znowu zakładanie sobie kagańca. Może on być elementem hamującym rozwój i poszukiwania. Na dodatek jestem osobą, która bardzo lubi zmiany. Jest to dla mnie wyraz wolności, w tym przypadku wolności (nazwę to górnolotnie) artystycznej. Z takim podejściem trudno będzie poszukać i zdefiniować swój własny, jedyny styl fotograficzny. Trzeba zetem pozostać przy różnorodności i w pełni wykorzystywać swoje zasoby sprzętowe, próbując co i rusz sprostać nowym wyzwaniom.
Latem ubiegłego roku, korzystając z niezwykle pozytywnych zbiegów finansowych okoliczności, zdobyłem niesamowity aparat – Fujifilm GFX 100 FR – średnioformatowy kompakt z matrycą 102 Mpx, z wbudowanym obiektywem 35 mm f/4 (ekwiwalent pełnej klatki 28 mm f/3.5). Jest to niezwykły aparat, który pozwala fotografować z niepotykaną przeze mnie do tej pory jakością i ostrością. Jedyny na świecie kompakt średnioformatowy, obśmiany przez świat fotografii, jest sprzętem bliskim doskonałości. Zapewne kiedyś wrócę z odrębnym wpisem, dedykowanym szczegółowemu opisowi tego fantastycznego aparatu.
Teraz chciałbym już dotrzeć do sedna tego wpisu: kadr 65×24. Co to za proporcje? O co w tym chodzi? Z samych liczb można wywnioskować, że chodzi tu o kadrowanie panoramiczne, kinowe. Nie takie złożone w programie graficznym z kilku kadrów, lecz wykonane bezpośrednio w aparacie. Historia tego formatu sięga do 1998 roku, kiedy to firma Fujifilm wyprodukowała analogowy dalmierz TX-1, w Europie znany jako Hasselblad X-Pan. Efekt panoramy w proporcji 24×65 uzyskiwało się poprzez jednoczesne naświetlanie dwóch klatek 35 mm.

W roku 2003 współpraca Hasselblada i Fujifilm zaowocowała powstaniem aparatów X-PanII i TX-2. Są maniacy fotografii, którzy uważają, że aparat ten jest najpiękniejszym jaki kiedykolwiek stworzono. Oczywiście sprzętem tym można było fotografować w klasycznej proporcji, jednak to właśnie 65×24 zrobiła wówczas furorę. Kadrowanie w takiej proporcji nie jest łatwe i wymaga wyjątkowego skupienia. Ponieważ w efekcie otrzymujemy „długi pasek” kadru, to główna akcja nie może dziać się tylko w centrum. Można powiedzieć: po co taka proporcja w aparacie? Przecież można to wykadrować w komputerze. A właśnie, to niestety nie to samo. Patrząc przez wizjer na kadr panoramiczny skupiam się na tym, co chcę w nim umieścić. Przycinka w Lightroomie, to tylko niezaplanowany efekt przycięcia zwykłego formatu, na którym znajduje się wiele szczegółów, które w trakcie kadrowania 65×24 nigdy nie wziąłbym pod uwagę. Przyciągający uwagę oglądającego temat takiej panoramy musi rozciągać się od krawędzi po krawędź. X-Pan i TX-1(2) to dziś aparaty kolekcjonerskie, można je nabyć za bardzo wysoką cenę, dochodzącą do 6 tys USD.
Czas powrócić do Fujifilm GFX 100RF. W tym niesamowitym aparacie japońscy inżynierowie wprowadzili możliwość zmiany proporcji kadrów jednym pokrętłem. Jedną z tych proporcji jest właśnie 65×24! Przyznaję, jestem niezmiernie podekscytowany fotografowaniem w tej proporcji i do tego w czerni i bieli. Jest to niezwykle wyzwalające od schematów, pozwala ujrzeć Świat z innej perspektywy. Dziś wykonałem kilka takich ujęć aparatem GFX 100RF. Nie wiem na ile udanych? Ale, pierwsze koty za płoty…





