Leica cz. 1

Wydaję mi się, że zanim zacznę pisać o obiektywach, znajdujących w mojej stajni, muszę na warsztat wziąć aparaty, do których podłączam szkła. Nie zamierzam oczywiście pisać szczegółowych recenzji sprzętu, ponieważ nie mam odpowiednich kompetencji ani narzędzi. Poza tym w sieci jest bardzo dużo wszelakich artykułów i testów aparatów. Zazwyczaj jednak są to materiały pisane lub przez tzw. „ambasadorów marek” lub zwykłych influencerów, którzy czerpią pożytek pieniężny z „właściwie” napisanej recenzji. Są oczywiście fani fotografii, którzy zamieszczają w sieci własne przemyślenia i opisują również własne doświadczenia. Tych w tzw. polskim internecie jest mniej niż w światowym. Bardzo często mam do czynienia z testami tworzonymi na kolanie, na szybko, bez dość długiego obcowania ze sprzętem. Wynika to z tego, że autorzy testów pożyczają na kilka dni drogi i bardzo drogi sprzęt od dystrybutorów i starają się wykonać swoją mało obiektywną pracę w bardzo krótkim czasie. Nie chcę oczywiście generalizować. Są również i tacy, którzy starają się być i obiektywni i fachowi. Ja ani nie jestem ambasadorem marki, ani zawodowym testerem, ani influencerem. Jestem zwykłym fotografem amatorem, któremu się przyfarciło i wszedł w posiadanie kilku puszek z, powiedzmy, górnej półki.

Po krótkim wstępie czas na bohaterkę niniejszego wpisu – na Leicę M11. Ten kultowy aparat występuje w wersji srebrnej i czarnej. W moich rękach jest model czarny.

Przyznaję szczerze, że odkąd zająłem się fotografią zawsze marzyłem o aparacie z czerwoną kropką. Tak wiem, to coś podobnego do słynnej kiedyś literki „W” na tylnych kieszeniach dżinsów. Tylko w tym przypadku jest nieco inaczej. Dlaczego? Właśnie, w czym tkwi fenomen tej marki? I w tym momencie muszę chyba podjąć decyzję o rozłożeniu tego materiału na kilka odcinków. Do aparatu Leica M11 powrócę w kolejnym odcinku, a teraz po krótce odniosę się do historii marki. Skorzystam z fantastycznej wiedzy, którą na swojej stronie umieszcza wybitny miłośnik marki Leica, Thorsten Overgaard, duński pasjonat fotografii, wspaniały nauczyciel, wielki artysta, człowiek, który o aparatach i obiektywach marki Leica wie wszystko.

Otóż historia marki Leica sięga do roku 1849, kiedy to Carl Kellner w Wetzlar założył Instytut Optyczny. Do Kellnera w 1864 roku dołączył Ernst Leitz. Od 1865 roku firma występowała pod nazwą Leitz. W 1911 roku w firmie zatrudniono na stanowisku mechanika precyzyjnego Oskara Barnacka, który wykazał się wyjątkową kreatywnością i już wkrótce został kierownikiem działu rozwoju technologii kinowej i pomiarowej.

Barnack dla przyszłości fotografii posiadał jeszcze dwie znaczące cechy: był fotografem amatorem oraz cierpiał na astmę. Co ma wspólnego jedno z drugim? Właśnie ma, gdyż jego dolegliwość nie pozwalała mu na noszenie ze sobą ciężkich i wielkich współczesnych aparatów fotograficznych. Postanowił zatem skonstruować mniejszy i lżejszy aparat i tak na przełomie 1913 i 1914 roku w jego pracowni powstał prototyp pierwszego aparatu małoobrazkowego Ur-Leica, wykorzystującego film kinowy 35 mm w formacie poziomym. Odpowiadało to nowemu formatowi, zwanemu wtedy małoobrazkowemu 24 mm x 36 mm. Był to rewolucyjny przełom w dziedzinie fotografii, który zwiastował powstanie fotografii mobilnej i do codziennego użytku.

Skonstruowanie tego prototypu to prawdziwy kunszt projektowania, inżynieryjnego rzemiosła oraz dowód na geniusz wynalazczy Oskara Barnacka. Firma Leitz wypuściła tzw. serię „0” aparatów Ur-Leica, które rozdano fotografom w celu przetestowania nowego produktu. Współcześnie ocalało kilka sztuk aparatów z serii „0”, z których jeden egzemplarz w 2018 roku osiągnął cenę na aukcji w wysokości 14,5 mln euro!!! I tak oto rozpoczęła się era aparatów małoobrazkowych, dziś nazywanych „pełną klatką” o rozmiarach filmu (dziś matrycy) 24 mm x 36 mm.

Dodaj komentarz